poniedziałek, 21 grudnia 2015

Tuż pod Ziemią~

Informacje o one shocie: Fantasy,
 Od Autorki:Jak może wiecie....(Ale raczej nie wiecie XD) Brałam udział w konkursie literackim na najlepsze opowiadanie! I zajęłam...Drugie miejsce! Co prawda nie jest to pierwsze, jednak i tak się cieszę bo konkurencja była duża i mocna. Nie spodziewałam się nawet 3 miejsca zdobyć...A tu drugie! Chciałabym się podzielić z wami tym opowiadaniem i dowiedzieć co wy o tym myślicie :3
 
-Lucy! Przynieś patyk!- wołałam.- Gdzie jest ten patyk?
Mój mały czarny piesek biegał bez celu po lesie, co jakiś czas podnosząc patyki z ziemi, by potem podrzucić je do góry. Podniosłam jeden patyk z ziemi i rzuciłam nim przed siebie. Piesek pobiegł za nim, jednak po chwili stracił go z oczu i pobiegł dalej. Wczesny spacer z psem okazał się być dobrym pomysłem. Poranne światło prześwitywało przez czubki drzew. Jeszcze było zimno. Na dowód tego z moich ust podczas oddechu wydobywała się para.
-Lucy! Do nogi.
Lucy zatrzymała się na chwilę i popatrzyła na mnie. Szczeknęła i uciekła pomiędzy drzewa. Zaczęłam biec za nią. Szybko dostałam zadyszki, więc stanęłam i przysiadłam, piesek zmiłował się nade mną i zaczął biec w moją stronę,by zaraz po tym nieprzerwanie lizać moje palce.
-No już! Przestań!- mówiłam przez śmiech.-Łaskocze...
Lucy o dziwo przestała. Stanęła na moich udach, przednimi łapami opierając się o moje ramię. Nastawiła uszy i uważnie obserwowała las.
-Co się dzieje? Malutka...- podrapałam ją za uchem.
Podniosłam ją na rękach niczym dziecko.
-Co tam jest? Znowu jeż?- zaciekawiłam się.
Nie raz już byłam w tym lesie i za każdym razem Lucy napotykała jeża, którego oczywiście próbowała zachęcić do wspólnej zabawy. Niestety ze skutkiem ukłuć od kolców. Szłam powoli w stronę, którą wcześniej bacznie obserwowała moja mała suczka. Nie znalazłam jednak nic ciekawego. Przez chwilę zdawało mi się jakbym kątem oka zobaczyła wilka. Jednak z pewnością było to przywidzenie. Zaczęłam kołysać Lucy jak małym dzieckiem by ją uspokoić, po czym odłożyłam ją na ziemię. Jednak nie biegała już taka radosna jak wcześniej. Wręcz przeciwnie podkuliła ogon i stała w miejscu. Mimo wołania nie chciała iść ze mną do domu.
-No co jest? Nigdy się aż tak nie bałaś.- dziwiłam się.-Co zobaczyłaś?
Byłam mały kawałek od niej. Musiałam więc podejść i ją podnieść. Nagle jednak ziemia osunęła się pode mną. I wpadłam pod ziemię do ciemnej i mokrej komnaty wybudowanej z cegły. Jakiś po Hitlerowski podziemny bunkier? Wiedziałam, że jest ich pełno w okolicy, ale dlaczego jeden z nich musiał się zapaść akurat teraz? Główka Lucy zajrzała do dziury, w którą wpadłam, s potem mała czarna kulka wskoczyła do niej, na całe szczęście udało mi się ją złapać. Zostało mi iść w głąb tunelu. Nie wyjdę górą to jest pewne za wysoko jest. Wyciągnęłam z kieszeni telefon z, którym się nie rozstaję, i oświetliłam korytarz. Gdybym wiedziała co znajdę na jego końcu, przemyślałabym sobie dokładniej na co się porywam. Na końcu były drzwi. Drzwi od windy. Podeszłam do nich bliżej. Lucy, której w panującej ciemności praktycznie nie było widać, ostrożnie obwąchiwała drzwi. Z pewnością muszę powiedzieć, że były stare. Metal cały zardzewiał. A że drzwi były zrobione praktycznie tylko z metalu, rdza świetnie zastąpiła farbę.
-Te drzwi mają chyba ze sto lat.- zaśmiałam się cicho.
Otworzyłam je. Zaskrzypiały okropnie. W dodatku zacięły się. Otwarły się na tyle bym dała radę się przecisnąć. Z pewnym opóźnieniem nie pewnie weszła też moja suczka, cały czas skomląc i obwąchując z niepewnością windę. Na ścianie były 3 przyciski. Na moje nieszczęście wszystkie się starły na tyle bym nie dała radę ich odczytać. I strzelałam, że ten który zachował resztki czerwonej farby będzie w razie, gdyby winda się zacięła. Pozostały dwa.
-Raz się żyje!- wykrzyknęłam i wcisnęłam jeden z guzików.
Winda gwałtownie zaczęła zjeżdżać w dół. Skuliłam się przytulając Lucy. Przez chwilę obawiałam się, że to będzie mój koniec. Odnosiłam wrażenie, że winda tylko i wyłącznie przyśpiesza. Szeptem zaczęłam mówić modlitwę. Nagle jednak winda się zatrzymała. Jednak widok ani trochę mnie nie zachwycał. Widziałam długi niemal nie mający końca tunel, droga była błotnista i nierówna, a sam tunel ciemny, nieprzenikniony. Winda, mimo ciągłego wciskania guzika nie zamierzała jechać w górę. Do góry dostać się nie mogę, a zostać tu nie chcę, iść w ten tunel nie mam zamiaru. Nie wiedziałam co mam robić. Spędziłabym wieczność siedząc i obmyślając co zrobić by się wydostać. Coś jednak mignęło mi przed oczami. Zignorowałam to. Ale mój pies nie mógł przegapić takiej okazji. Z nowo nabytą energią wyślizgnęła się z mojego uścisku i wbiegła w głąb tunelu. Wołałam ją, próbowałam skusić. Nic nie pomogło. Musiałam po nią iść. Niechętnie postawiłam pierwszy krok. Tak jak myślałam. Czeka mnie przeprawa przez błoto. Powoli i uważnie stawiałam kroki. Nie raz i nie dwa z ledwością utrzymywałam równowagę nie chcąc wylądować w błocie. Niestety nigdzie nie było widać śladów mojej malutkiej suczki. Z resztą ciężko było cokolwiek zobaczyć. Widoczność ograniczała się do kilku centymetrów przed moją twarzą. Nawet gdy wyciągałam rękę przed siebie na całą długość już jej nie widziałam. Im dalej szłam tym zimniej się robiło. Dość szybko straciłam rachubę czasu. Może po pół godzinie, po mojej lewej stronie poczułam piękny słodki zapach waty cukrowej. Mój brzuch wybrał sobie akurat ten moment by zaburczeć.
-Nie jadłam dziś jeszcze...- narzekałam pod nosem.
Miałam wybór iść dalej przed siebie w nieprzeniknioną ciemność albo skręcić i wejść do najprawdopodobniej jaskini gdzie mogłabym znaleźć coś do jedzenia. Mimo chęci odnalezienia Lucy wybrałam tą drugą opcję. Jak skończę mogę jej jeszcze poszukać, co nie? Z trudem zmieniłam kierunek drogi. Moje buty już dawno przemokły, potęgując uczucie zimna.
Zapach słodkości był niesamowicie intensywny, nawet gdy zatkałam nos wciąż mocno go czułam. Znikąd zaczęła uporczywie boleć mnie głowa. Nogi stały się cięższe niż zazwyczaj. Przed oczami pojawiły się czarne plamy. Ból głowy się nasilił. Muszę iść dalej, muszę iść dalej...Powtarzałam sobie wciąż by nie upaść. Ostatecznie przegrałam tę walkę. Nogi załamały się pode mną. Padłam prosto w błoto...
* * *
Z ledwością podniosłam ciężkie powieki. Przez jeszcze krótki moment cały obraz był zamazany. Aż w końcu zauważyłam młodego chłopaka, który pochylał się nade mną, miał niemal, że białą skórę i jasne-blond włosy rozwichrzone we wszystkie strony.
-Wszystko już w porządku?-Zapytał łagodnym głosem.
Szeroko otworzyłam oczy. Szybkim ruchem uciekłam z łóżka, jednak równie szybko zakręciło mi się w głowie i straciłam równowagę. Gdyby nie ten chłopak, znów wylądowałabym na ziemi. Zwinnie złapał mnie w pasie i znów położył na łóżku.
-Uspokój się!- powiedział po czym zaśmiał się.-Nie zjem cię.
Zrobiłam obrażoną minę. Przecież, nie ma się z czego śmiać, on też by tak postąpił.
-Kim ty w ogóle jesteś? I gdzie mnie przeniosłeś?-Mówiąc to przy okazji rozejrzałam się po pokoju.
Cały pokój można było spokojnie nazwać rupieciarnią książek. Wszędzie leżały starsze i nowsze książki. W Różnych okładkach. Twardych i miękkich. A kilka nawet straciło już swoje okładki. Były porozrzucane na ziemi, na stole i tak na prawdę niewiele z nich leżało na półce.
-Witaj w moim małym mieszkanku! Ładne co nie? Przepraszam za bałagan, mogłem sprzątnąć.-Zawstydził się- A tak pomijając to. Mam na imię Arubino*, a ty? Arubino*-Z Jap. Albinos
Chłopak mówił tak szybko, że ledwo nadążałam. A może to wina jego pięknych czerwonych oczu? Mogłabym patrzeć się na nie bez końca. Zapatrzyłam się i nie umiałam się skupić na niczym innym.
-Jestem Tiffany...- Odpowiedziałam.
-Och! Ładnie. Ile masz lat? I gdzie mieszkasz?- wciąż dociekał.
-Mam 17 lat. Mieszkam w Świętochłowicach.- odpowiedziałam mu nieśmiało.
-Jesteś z góry?- niemal krzyknął.
"Z góry?" W jakim sensie? Nie mówcie, że on mieszka pod ziemią! Straszne...
-Jestem wciąż pod ziemią?- zapytałam by się upewnić.
-Tak! A co myślałaś?- znów się zaśmiał.
Opadłam na miękkie poduszki. Leżę w łóżku jakiegoś nieznanego mi chłopaka i znajduję się pewnie już daleko od domu. Muszę szybko się wydostać z powrotem do domu. A właśnie... Gdzie jest Lucy? Z przerażeniem dokładniej przyjrzałam się pokojowi. Suczki jednak nigdzie nie widziałam. Jedyne co zauważyłam, to nie naturalnie dużego kota, łysego wielkości owczarka niemieckiego, kręcącego się przy kominku. Gdy zauważył mój wzrok szybko uciekł za szafę.
-A więc Arubino...Powiedz mi gdzie jest mój pies?
-Pies?-patrzał się na mnie jakby pierwszy raz słyszał to słowo, po chwili jednak odpowiedział- Ach, został w "przedpokoju". Przywiązałem go. Nie ucieknie.
-Nic jej nie jest?-martwiłam się.
-Nie. Jest przestraszony, ale poza tym nic mu nie jest. Właściwie gdyby nie on nie znalazłbym cię. Przybiegł za moim kotem. Rzadko się zdarza by takie przerośnięte szczury biegały samotnie.
Na dźwięk "Przerośniętego szczura" podniosłam jedną brew. Lucy jest psem, ale może psy nie wyglądają tu po prostu normalnie.
-Ach! Nie jesteś głodna? Mam zupę.- Zapytał mnie, gdy wstawał z krzesła.
"Zupa?" Ciekawi mnie z czego. Za wiele jedzenia tu w podziemiu chyba nie ma. Mimo to przytaknęłam. Czułam się jakby żołądek przykleił mi się do pleców. Ucieczka może poczekać, najpierw jedzenie. Arubino przyniósł mi w głębokim talerzu zupę. Wyglądała pysznie, więc też od razu zabrałam się do jedzenia. Gdy została mi reszta, na dnie talerza zauważyłam coś niepokojącego. Robaka. Na szczęście już martwego. Z niepokojem spojrzałam na chłopaka. Ten jednak wcinał nie zważając na nic. Nie wiedziałam czy zwrócić na to uwagę. Na szczęście on mnie wyprzedził.
-Coś jest nie tak? Zupa nie smakuje?
-Ech...Smakuje. I chciałabym zapytać co w niej jest.- próbowałam zapytać tak by go nie urazić.
-Co w niej jest? Warzywa, pająki...Tak podstawowe rzeczy.-wzruszył ramionami.
Podstawowe mówisz? Odłożyłam talerz i pozwoliłam, by zaniósł go do części pokoju, którą można było nazwać kuchnią. Teraz czas zacząć myśleć nad wróceniem do domu. Pytanie czy mój uprzejmy znalazca mi w tym pomoże. Nie wydaje mi się by była inna droga, niż ta winda. Skrzywiłam plecy i znów się załamałam. A co jeśli będę musiała tu zostać? Nie mogę. Musi być jakieś wyjście. Po prostu nie ma szans, by nie było.
-Arubino...-powiedziałam wstając.
Moje nogi wciąż trzęsły się pod ciężarem mojego ciała. Z ledwością doszłam do chłopaka. Oparłam się o jego ramię. Spojrzałam mu prosto w oczy. Ale szybko się spieszyłam. Jego oczy potrafiły być równie piękne jak i straszne. Nie czekając aż coś powiem, spojrzał mi głęboko w oczy.
-Ty odpoczywaj. Ja idę na zwiady.-Powiedział ściągając moją rękę ze swojego ramienia i odkładając mnie na łóżko.
Jak powiedział tak zrobił. Wyszedł z pokoju. Nawet jeśli kazał mi odpoczywać, muszę mu się jakoś odwdzięczyć. Gdybym odeszła, byłabym jakimś przelotnym pasożytem. Wstałam, więc i chwiejnym krokiem podeszłam do półek. I jakby to było normalne, zaczęłam je sprzątać. Ścierałam kurze, układałam książki według autorów i dat. Przy okazji sprawdzając co też chłopak czyta. Znajdowałam książki biologiczne, historyczne i tym podobne. Zdecydowanie przeważały jednak książki Fantasy i przygodowe. Strony były wygięte, brudne, a niektóre już się lekko się porwały. W czasie sprzątania zauważyłam dużą płachtę materiału, który zasłaniał kawałek ściany. Z ciekawości odkryłam ją, i zobaczyłam ogromne lustro. Było popękane, tak jakby to, ktoś z całej siły uderzył prosto w środek. W odbiciu zauważyłam siebie. Niską i nieco grubszą osobę. Podobnie jak chłopak miałam jasną skórę. Moje czarne włosy posostały upięte w wysoki i nieco niedbały kok. Ciekawskie, czarne oczy przypatrywały się miejscu uderzenia pięścią. Moją ręką dotknęłam lustra. Myślałam nad tym, co mogło tu się stać. Na pewno nie było to nic dobrego. Odsunęłam się i przyjrzałam się sobie dokładniej, moje ubrania były już brudne od błota. Moja niska samoocena nie pozwoliła, bym dalej patrzyła na siebie. Szybko zdecydowałam się ponownie zakryć lustro i zabrałam się ponownie do sprzątania. Gdy posprzątałam zauważyłam również różnego rodzaju pisma, zapewne Arubino. Pismo było ozdobne i ładne. Zaczęłam się zastanawiać od kogo Arubino nauczył się tak pięknie pisać. Zastanawiałam się również, czy tu pod ziemią żyje ktoś jeszcze. Myślałam, że znajdę jakiś dowód w tych zapiskach, ale notatki niedostarczyły mi żadnej wskazówki. W większości jak mogłam się domyślić były to opisy fauny i flory tu pod ziemą. Po dłuższej chwili zaczęły mnie nudzić, to też posegregowałam je na szybko i ułożyłam na jednej z półek. Trwało to długo, jednak w końcu udał mi się skończyć. Może to nie wiele, ale na razie jestem w stanie tylko tyle zrobić. Pozostaje mi mieć nadzieję, że mój trud zostanie doceniony. Nie musiałam na to długo czekać. Po zaledwie kilku minutach chłopak wrócił. Nawet nie próbował ukryć zachwytu, gdy zobaczył porządek w swym pokoju.
-Posegregowałaś książki! Tutaj chyba nigdy tak czysto nie było! Jak pusto!- cieszył się.
Gdy w końcu ochłonął podziękował mi. Jednak zaznaczył, że to nie wystarczy. Uznał, że brkuje mu kilka książek do kolekcji, więc mam tu kiedyś wrócić i mu je dać. Podczas naszej rozmowy drzwi z pokoju uchyliły się. Przyjrzałam się jednak nie zauważyłam by ktoś wchodził. Do pewnego momentu, gdy to kot chłopaka zaczął niemiło miauczeć, a z drugiego końca pokoju usłyszałam przeraźliwe piszczenie. Szybko pobiegłam za regał książek. I podniosłam z ziemi moją małą czarną kuleczkę, czyli moją suczkę Lucy. Która z nieufnością zaczęła przyglądać się chłopakowi. Arubino chcąc przyjrzeć się bliżej psu podszedł bliżej mnie i wyciągnął ręke do Lucy. Ta jednak zaczęła burczeć nieprzyjaźnie
-Dalej utrzymuję, że jesteś włochatym, zmutowanym szczurem.-powiedział do niej.
-Lepiej nie będę wypowiadać się o twoim kocie. To jest dopiero mutant.-powiedziałam z uśmiechem, żeby zaznaczyć, że nie mam zamiaru go obrazić.
Kot chłopaka podbiegł do niego, otarł się o jego nogę i zamiauczał głośno jakby protestował, albo miał chrapkę na mojego pieska. Z bliska zauważyłam na ciele kota różnego rodzaju blizny. Niektóre małe niemal nie zauważalne inne bardziej. Jak jedna na oku kota. Po chwili kot zaczął łasić się do mojej nogi.
-To co, idziemy?-powiedział chłopak głaszcząc kota.-U was będzie już południe.
-Tak myślisz?-upewniłam się.- Muszę szybko wrócić do siebie!
Arubino uśmiechnął się w słodki sposób. Podrapał kota za uchem, zabrał ze stolika kilka rzeczy. maski, pistolet, latarkę i wrzucił je do torby, którą przerzucił przez ramię. Wrzucił też do niej kilka rzeczy, których nie widzałam dokładnie, po czym oświadczył, że możemy już iść. Wyszłam z nim za drzwi pokoju. Spodziewałam się zobaczyć inny pokój, jednak jedyne co zobaczyłam to wykopany tunel. Podparty belkami. Cały tunel wyglądał na bardzo zadbany i nie bałam się, że zaraz spadnie mi coś na głowę. Mimo to słyszałam narzekania Arubino.
-Znów coś tu przecieka, będę musiał to poprawić....A tu belka spróchniała, długo już nie potrzyma....Oj, a tu brakuje gwoździa, jak mogłem zapomnieć?
Szczegółowość mnie powalała. Gdybym miała tu zamieszkać, szybko bym się poddała. Padam, gdy mam ćwiczyć na w-f'ie, a co dopiero kopać tunel, zabezpieczać go belkami i wymieniać je.
Szłam wciąż do przodu, aż nagle poczułam na swojej twarzy wiatr. Ale to nie może być możliwe tak głęboko. Chciało mi się śmiać. Nie, to naprawdę był wiatr. Zrobił się przeciąg. Na samym końcu tunelu wykopanego przez Arubino otwierała się ogromna przestrzeń. Nie było widać końca. Sufit rozciągał się wysoko nad naszymi głowami.
-Co to jest?- zapytałam wciąż zachwycając się ogromem tego miejsca.
-Słyszałaś o Polach Asfodelowych?- zapytał się mnie.
-Nie, skąd bym miała? Co to jest?
-Tak nazywam to miejsce. Niegdyś w Grecji wierzono, że ludzie którzy żyli ani dobrze, ani źle po śmierci trafiali do miejsca gdzie nie było nic. Wielkie, kamieniste, puste i nudne pole, gdzie co jakiś czas pojawiały się drzewa i rzeki. To miejsce musiało być inspiracją dla nich. Nie ma tu nic. Jest ogłupiająco nudne.-Arubino zaśmiał się, a jego głos rozniósł się echem.- Jedna wielka, pusta jaskinia.
-Więc po co tu jesteśmy?-zapytałam ciekawa.
-Jak dopisze nam szczęście to znajdziemy jakieś rośliny albo małe gryzonie. To zawsze coś do jedzenia. Gdy będziemy przy Rzece będziemy musieli założyć maski. Z Rzeki paruje jakiś gaz podrażniający płuca, ale też znajduje się tu port którym popłyniesz prosto do siebie.
Przytaknęłam. Po głowie zaczęło krążyć mi pytanie. Jak głęboko jestem? Kilometr? A może dwa? Im głębiej tym goręcej. Przy windzie było zimno. Niby w domku Arubina paliło się. Ale teraz zatwierdzę, iż jest gorąco. Pocę się mimo, że nie przeszłam długiego dystansu ani nie biegłam. Przypatrzyłam się Arubino. Podczas gdy mój kark był cały zalany potem, na jego nie było ani kropelki. Przystosowanie do życia tutaj za pewnie.
-Co tak mnie obserwujesz? Zakochałaś się?-zażartował.
-Nie ma w czym. Zastanawia mnie jak głęboko pod ziemią jesteśmy.-powiedziałam obserwując okolicę w poszukiwaniu innych znaków życia.
-Sam nie wiem-zastanowił się. -Może tak z trzy kilometry? Albo więcej lub mniej. Nie myślałem nigdy o tym.
-Jak ja mogłam znaleźć się tak głęboko?-myślałam głośno.
-Z pewnością najpierw znalazłaś się w jaskini gdzie ciekła Rzeka. Skusił cię jej zapach a potem odurzył do nieprzytomności. Z ogromną prędkością Rzeka zalała jaskinię szybko przenosząc cię tutaj. A twój pies pobiegł za moim kotem inna drogą i również dotarł do mnie. Jakoś tak to mogło być.-westchnął ciężko.-Na szczęście długo nie byłaś nieprzytomna, godzinę albo z dwie. Nie mam zegarka, ciężko określić.-zaśmiał się pod nosem.-Patrz! Mamy szczęście!
Chłopak wskazał na ziemię. Na pierwszy rzut oka to były kamienie, lecz po bliższym przyjrzeniu się były to grzyby. Dziwne, nienaturalne grzyby. Jak je ściąć? Na odpowiedz nie czekałam długo. Arubino profesjonalnie odciął grzyba. Długo się nim cieszył. Ruszyliśmy dalej, cisza pomiędzy nami była przybijająca. Zza naszych pleców nagle wystartował ogromny kot. Biegł szybko i zwinnie. Aż w końcu dopadł swoją ofiarę. Którym okazał się duży, łysy i bezoki szczur, który idealnie wtapiał się w otoczenie swoim kolorem. Krzyczałam z obrzydzenia, gdy to mój mały piesek dogonił kota i zaczął wyrywać mu gryzonia. Krzykiem próbowałam ich uspokoić. Arubino kazał być mi ciszej i sam odebrał szczura kotu.
-Piękny szczur! Gratulację.-pogłaskał po główce kota.
Nie wierzyłam jak może cieszyć się z na pół już rozerwanego tłustego szczura. Niby wiem mięso i białko, jednak nie zmienia to faktu, że mnie obrzydza. I tak to z szczurem w ręce szliśmy przez pustkowie. Z daleka dostrzegłam niewyraźne białe kształty. Spoglądnęłam na chłopaka. On jednak, z głową uniesioną wysoko, szedł przed siebie. Być może nie zauważył ich jeszcze. Szliśmy wciąż prosto. Kot Arubino i mój piesek szli z nami na równo. Oni również nie wyczuli tych białych punktów. Przetarłam oczy. Jednak przed nami wciąż tłoczyły się białe plamki. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam:
-Co to jest przed nami?
-Pytasz o te białe plamki?- zapytał, a gdy przytaknęłam odpowiedział.-Są to krowy pod ziemne. Wyglądają jak tysiąckrotnie powiększone roztocza. Są duże i bezużyteczne. Ich mięso jest twarde i niesmaczne. Nie są agresywne dopóki nie wskoczysz im na plecy. Wtedy szybko cię zrzucą i zaatakują dużą grupą. Nie ma szans potem na przeżycie.
-Co one jedzą? Przeciesz nie ma tu trawy, ani nic...
-Kamienie. Jeszcze nie wiem na jakiej zasadzie dzieła ich żołądek. Ale się dowiem.
-I wtedy będe pierwsza po tobie, która się tego dowie.-uśmiechnęłam się.
Arubino zgodził się ze mną. Wciąż maszerowaliśmy szybkim krokiem. Byłam już cała spocona i wykończona. Nogi znów się uginały. Nie dawałam jednak tego po sobie poznać. Z nikąd poczułam słodki zapach. Kusił mnie. Zauważyłam, że Arubino również poczuł ten zapach. Zatrzymał się i zaczął grzebać w torbie. Aż w końcu wyjął maski. Podał mi jedną i od razu ją założyłam. Dalszy marsz w tej masce był cięższy, to też zwolniliśmy nieco z tępa. Kot, nie mogąc tego znieść, wyraźnie przyśpieszył. Moja Lucy również miała taki plan, jednak zaraz gdy zaczęła doganiać kota. Wystarczył jeden syk, by zrezegnowała i wróciła do mnie. Mimo tego iż już odczuwaliśmy bardzo wyraźnie zapach jaki wydzielała rzeka wciąż byliśmy daleko od niej. Czekała nas jeszcze 2 godzinna wędrówka. W jej czasie zebraliśmy jeszcze kilka grzybów a nawet 3 sama wypatrzyłam. Na całe szczęście po drodze nie spotkaliśmy już żadnego szczura. Widziałam jednak coś, co Arubino nazywał Aniołem. Choć sam dokładnie nie wiedział co to jest. Przeleciało tuż nad naszymi głowami. Było wysokie na 2,5 metra, a rozpiętość skrzydeł miało prawie dwa razy większe. Nie posiadało szyi i zaraz po zakończeniu szerokich ramion była płaska głowa. Skrzydła miało upierzone niczym ptak, ale reszta ciała nie miała już piór czy puchu. Ciało miało zarys sylwetki człowieka. Oczy były wielkie, żółte i przerażające. Przeleciało nad nami i zamachnęło się,tak jakby chciało nas złapać swoimi pazurami. Na szczęście udało nam się tego uniknąć. Staliśmy już przy rzekomej stacji która może zawieść mnie do domu. Bardzo wyraźnie było widać, że powstała w czasie drugiej wojny światowej. Wciąż wysiały tam plakaty propagandowe. Wszędzie była powieszona i odłożona broń. Z magazynu z jedzeniem śmierdziało zepsutymi konserwami. A niektóre ściany zawalały się powoli.
-No i to jest ta stacja.- powiedział zmęczony.-Trochę wyniszczyła się od tutejszego wiatru. Ale łodzie się nadają.
Arubino zniknął mi z oczu by wyciągnąć z jednego z pokoi małą łódź. Ułożył ją na ziemi i zaraz potem wrócił się po wiosła. Dał mi również krótką instrukcję jak mam płynąć. Łódź ma mały silnik. Muszę go jedynie pilnować by się nie przegrzał bo nic z tego nie będzie. Bo inaczej stanie w miejscu. Wiosłami mam odpychać się od ścian i ewentualnych skał w wodzie.
-I pamiętaj jakie by rozdroże nie było, zawsze skręcaj w lewo. A teraz płyń. I odwiedź mnie może jeszcze kiedyś. Ugotuję coś specjalnego.-mówiąc to pomachał dorodnym szczurem.
Zaśmiałam się. On jest taki uroczy. Dlaczego nie mógł by zabrać się ze mną?
-Może popłyniesz ze mną?-zaproponowałam.
-Nie, dziękuje. Nie teraz, ale obiecuję ci, że jeszcze kiedyś się spotkamy.-odpowiedział mi machając na pożegnanie.
Poprzysięgłam sobie, że nigdy go nie zapomnę. I nigdy nie zapomnę tego co tu zobaczyłam.
* * *
Gorący sierpień. Znów odwiedziłam swoją babcię na wsi. Wybrałam się do lasu by pozbierać grzyby. Moja już trochę większa suczka chasała po lesie ciesząc się z wyrwania z ciasnych bloków. Całkowicie już straciłam orientację w którą stronę mam się udać.
Moją uwagę odwróciły grzyby rosnące tuż obok wielkiego dębu. Przysiadłam obok nich. Wyjęłam z kieszeni spodni podręczną książkę o grzybach, by upewnić się, że są one jadalne i mogę je zebrać. Denerwowałam się. Nigdzie nie mogłam go znaleźć. Usiadłam w sadzie skrzyżnym. I kolejny raz przejrzałam książkę. I kolejny raz go nie znalazłam. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłam się gwałtownie. I zobaczyłam niewysokiego, ale dobrze zbudowanego chłopaka, o praktycznie białej skórze oraz niezwykle pięknych, czerwonych oczach. Niemal natychmiast przypomniałam sobie jego imię.
-Arubino. Jednak przyszedłeś.
 

1 komentarz: