Od Autorki:Jak może wiecie....(Ale raczej nie wiecie XD) Brałam udział w konkursie literackim na najlepsze opowiadanie! I zajęłam...Drugie miejsce! Co prawda nie jest to pierwsze, jednak i tak się cieszę bo konkurencja była duża i mocna. Nie spodziewałam się nawet 3 miejsca zdobyć...A tu drugie! Chciałabym się podzielić z wami tym opowiadaniem i dowiedzieć co wy o tym myślicie :3
-Lucy!
Przynieś patyk!- wołałam.- Gdzie jest ten patyk?
Mój mały czarny piesek
biegał bez celu po lesie, co jakiś czas podnosząc patyki z ziemi,
by potem podrzucić je do góry. Podniosłam jeden patyk z ziemi i
rzuciłam nim przed siebie. Piesek pobiegł za nim, jednak po chwili
stracił go z oczu i pobiegł dalej. Wczesny spacer z psem okazał
się być dobrym pomysłem. Poranne światło prześwitywało przez
czubki drzew. Jeszcze było zimno. Na dowód tego z moich ust podczas
oddechu wydobywała się para.
-Lucy! Do nogi.
Lucy zatrzymała się na
chwilę i popatrzyła na mnie. Szczeknęła i uciekła pomiędzy
drzewa. Zaczęłam biec za nią. Szybko dostałam zadyszki, więc
stanęłam i przysiadłam, piesek zmiłował się nade mną i zaczął
biec w moją stronę,by zaraz po tym nieprzerwanie lizać moje palce.
-No już! Przestań!-
mówiłam przez śmiech.-Łaskocze...
Lucy o dziwo przestała.
Stanęła na moich udach, przednimi łapami opierając się o moje
ramię. Nastawiła uszy i uważnie obserwowała las.
Podniosłam ją na rękach
niczym dziecko.
-Co tam jest? Znowu jeż?-
zaciekawiłam się.
Nie raz już byłam w tym
lesie i za każdym razem Lucy napotykała jeża, którego oczywiście
próbowała zachęcić do wspólnej zabawy. Niestety ze skutkiem
ukłuć od kolców. Szłam powoli w stronę, którą wcześniej
bacznie obserwowała moja mała suczka. Nie znalazłam jednak nic
ciekawego. Przez chwilę zdawało mi się jakbym kątem oka zobaczyła
wilka. Jednak z pewnością było to przywidzenie. Zaczęłam kołysać
Lucy jak małym dzieckiem by ją uspokoić, po czym odłożyłam ją
na ziemię. Jednak nie biegała już taka radosna jak wcześniej.
Wręcz przeciwnie podkuliła ogon i stała w miejscu. Mimo wołania
nie chciała iść ze mną do domu.
-No co jest? Nigdy się aż
tak nie bałaś.- dziwiłam się.-Co zobaczyłaś?
Byłam mały kawałek od
niej. Musiałam więc podejść i ją podnieść. Nagle jednak ziemia
osunęła się pode mną. I wpadłam pod ziemię do ciemnej i mokrej
komnaty wybudowanej z cegły. Jakiś po Hitlerowski podziemny
bunkier? Wiedziałam, że jest ich pełno w okolicy, ale dlaczego
jeden z nich musiał się zapaść akurat teraz? Główka Lucy
zajrzała do dziury, w którą wpadłam, s potem mała czarna kulka
wskoczyła do niej, na całe szczęście udało mi się ją złapać.
Zostało mi iść w głąb tunelu. Nie wyjdę górą to jest pewne za
wysoko jest. Wyciągnęłam z kieszeni telefon z, którym się nie
rozstaję, i oświetliłam korytarz. Gdybym wiedziała co znajdę na
jego końcu, przemyślałabym sobie dokładniej na co się porywam.
Na końcu były drzwi. Drzwi od windy. Podeszłam do nich bliżej.
Lucy, której w panującej ciemności praktycznie nie było widać,
ostrożnie obwąchiwała drzwi. Z pewnością muszę powiedzieć, że
były stare. Metal cały zardzewiał. A że drzwi były zrobione
praktycznie tylko z metalu, rdza świetnie zastąpiła farbę.
-Te drzwi mają chyba ze
sto lat.- zaśmiałam się cicho.
Otworzyłam je.
Zaskrzypiały okropnie. W dodatku zacięły się. Otwarły się na
tyle bym dała radę się przecisnąć. Z pewnym opóźnieniem nie
pewnie weszła też moja suczka, cały czas skomląc i obwąchując z
niepewnością windę. Na ścianie były 3 przyciski. Na moje
nieszczęście wszystkie się starły na tyle bym nie dała radę ich
odczytać. I strzelałam, że ten który zachował resztki czerwonej
farby będzie w razie, gdyby winda się zacięła. Pozostały dwa.
-Raz się żyje!-
wykrzyknęłam i wcisnęłam jeden z guzików.
Winda gwałtownie zaczęła
zjeżdżać w dół. Skuliłam się przytulając Lucy. Przez chwilę
obawiałam się, że to będzie mój koniec. Odnosiłam wrażenie, że
winda tylko i wyłącznie przyśpiesza. Szeptem zaczęłam mówić
modlitwę. Nagle jednak winda się zatrzymała. Jednak widok ani
trochę mnie nie zachwycał. Widziałam długi niemal nie mający
końca tunel, droga była błotnista i nierówna, a sam tunel ciemny,
nieprzenikniony. Winda, mimo ciągłego wciskania guzika nie
zamierzała jechać w górę. Do góry dostać się nie mogę, a
zostać tu nie chcę, iść w ten tunel nie mam zamiaru. Nie
wiedziałam co mam robić. Spędziłabym wieczność siedząc i
obmyślając co zrobić by się wydostać. Coś jednak mignęło mi
przed oczami. Zignorowałam to. Ale mój pies nie mógł przegapić
takiej okazji. Z nowo nabytą energią wyślizgnęła się z mojego
uścisku i wbiegła w głąb tunelu. Wołałam ją, próbowałam
skusić. Nic nie pomogło. Musiałam po nią iść. Niechętnie
postawiłam pierwszy krok. Tak jak myślałam. Czeka mnie przeprawa
przez błoto. Powoli i uważnie stawiałam kroki. Nie raz i nie dwa z
ledwością utrzymywałam równowagę nie chcąc wylądować w
błocie. Niestety nigdzie nie było widać śladów mojej malutkiej
suczki. Z resztą ciężko było cokolwiek zobaczyć. Widoczność
ograniczała się do kilku centymetrów przed moją twarzą. Nawet
gdy wyciągałam rękę przed siebie na całą długość już jej
nie widziałam. Im dalej szłam tym zimniej się robiło. Dość
szybko straciłam rachubę czasu. Może po pół godzinie, po mojej
lewej stronie poczułam piękny słodki zapach waty cukrowej. Mój
brzuch wybrał sobie akurat ten moment by zaburczeć.
-Nie jadłam dziś
jeszcze...- narzekałam pod nosem.
Miałam wybór iść dalej
przed siebie w nieprzeniknioną ciemność albo skręcić i wejść
do najprawdopodobniej jaskini gdzie mogłabym znaleźć coś do
jedzenia. Mimo chęci odnalezienia Lucy wybrałam tą drugą opcję.
Jak skończę mogę jej jeszcze poszukać, co nie? Z trudem zmieniłam
kierunek drogi. Moje buty już dawno przemokły, potęgując uczucie
zimna.
Zapach słodkości był
niesamowicie intensywny, nawet gdy zatkałam nos wciąż mocno go
czułam. Znikąd zaczęła uporczywie boleć mnie głowa. Nogi stały
się cięższe niż zazwyczaj. Przed oczami pojawiły się czarne
plamy. Ból głowy się nasilił. Muszę iść dalej, muszę iść
dalej...Powtarzałam sobie wciąż by nie upaść. Ostatecznie
przegrałam tę walkę. Nogi załamały się pode mną. Padłam
prosto w błoto...
*
* *
Z ledwością podniosłam
ciężkie powieki. Przez jeszcze krótki moment cały obraz był
zamazany. Aż w końcu zauważyłam młodego chłopaka, który
pochylał się nade mną, miał niemal, że białą skórę i
jasne-blond włosy rozwichrzone we wszystkie strony.
-Wszystko już w
porządku?-Zapytał łagodnym głosem.
Szeroko otworzyłam oczy.
Szybkim ruchem uciekłam z łóżka, jednak równie szybko zakręciło
mi się w głowie i straciłam równowagę. Gdyby nie ten chłopak,
znów wylądowałabym na ziemi. Zwinnie złapał mnie w pasie i znów
położył na łóżku.
-Uspokój się!-
powiedział po czym zaśmiał się.-Nie zjem cię.
Zrobiłam obrażoną minę.
Przecież, nie ma się z czego śmiać, on też by tak postąpił.
-Kim ty w ogóle jesteś?
I gdzie mnie przeniosłeś?-Mówiąc to przy okazji rozejrzałam się
po pokoju.
Cały pokój można było
spokojnie nazwać rupieciarnią książek. Wszędzie leżały starsze
i nowsze książki. W Różnych okładkach. Twardych i miękkich. A
kilka nawet straciło już swoje okładki. Były porozrzucane na
ziemi, na stole i tak na prawdę niewiele z nich leżało na półce.
-Witaj w moim małym
mieszkanku! Ładne co nie? Przepraszam za bałagan, mogłem
sprzątnąć.-Zawstydził się- A tak pomijając to. Mam na imię
Arubino*, a ty? Arubino*-Z Jap. Albinos
Chłopak mówił tak
szybko, że ledwo nadążałam. A może to wina jego pięknych
czerwonych oczu? Mogłabym patrzeć się na nie bez końca.
Zapatrzyłam się i nie umiałam się skupić na niczym innym.
-Jestem Tiffany...-
Odpowiedziałam.
-Och! Ładnie. Ile masz
lat? I gdzie mieszkasz?- wciąż dociekał.
-Mam 17 lat. Mieszkam w
Świętochłowicach.- odpowiedziałam mu nieśmiało.
-Jesteś z góry?- niemal
krzyknął.
"Z góry?" W
jakim sensie? Nie mówcie, że on mieszka pod ziemią! Straszne...
-Jestem wciąż pod
ziemią?- zapytałam by się upewnić.
-Tak! A co myślałaś?-
znów się zaśmiał.
Opadłam na miękkie
poduszki. Leżę w łóżku jakiegoś nieznanego mi chłopaka i
znajduję się pewnie już daleko od domu. Muszę szybko się
wydostać z powrotem do domu. A właśnie... Gdzie jest Lucy? Z
przerażeniem dokładniej przyjrzałam się pokojowi. Suczki jednak
nigdzie nie widziałam. Jedyne co zauważyłam, to nie naturalnie
dużego kota, łysego wielkości owczarka niemieckiego, kręcącego
się przy kominku. Gdy zauważył mój wzrok szybko uciekł za szafę.
-A więc Arubino...Powiedz
mi gdzie jest mój pies?
-Pies?-patrzał się na
mnie jakby pierwszy raz słyszał to słowo, po chwili jednak
odpowiedział- Ach, został w "przedpokoju". Przywiązałem
go. Nie ucieknie.
-Nic jej nie
jest?-martwiłam się.
-Nie. Jest przestraszony,
ale poza tym nic mu nie jest. Właściwie gdyby nie on nie znalazłbym
cię. Przybiegł za moim kotem. Rzadko się zdarza by takie
przerośnięte szczury biegały samotnie.
Na dźwięk
"Przerośniętego szczura" podniosłam jedną brew. Lucy
jest psem, ale może psy nie wyglądają tu po prostu normalnie.
-Ach! Nie jesteś głodna?
Mam zupę.- Zapytał mnie, gdy wstawał z krzesła.
"Zupa?" Ciekawi
mnie z czego. Za wiele jedzenia tu w podziemiu chyba nie ma. Mimo to
przytaknęłam. Czułam się jakby żołądek przykleił mi się do
pleców. Ucieczka może poczekać, najpierw jedzenie. Arubino
przyniósł mi w głębokim talerzu zupę. Wyglądała pysznie, więc
też od razu zabrałam się do jedzenia. Gdy została mi reszta, na
dnie talerza zauważyłam coś niepokojącego. Robaka. Na szczęście
już martwego. Z niepokojem spojrzałam na chłopaka. Ten jednak
wcinał nie zważając na nic. Nie wiedziałam czy zwrócić na to
uwagę. Na szczęście on mnie wyprzedził.
-Coś jest nie tak? Zupa
nie smakuje?
-Ech...Smakuje. I
chciałabym zapytać co w niej jest.- próbowałam zapytać tak by go
nie urazić.
-Co w niej jest? Warzywa,
pająki...Tak podstawowe rzeczy.-wzruszył ramionami.
Podstawowe mówisz?
Odłożyłam talerz i pozwoliłam, by zaniósł go do części
pokoju, którą można było nazwać kuchnią. Teraz czas zacząć
myśleć nad wróceniem do domu. Pytanie czy mój uprzejmy znalazca
mi w tym pomoże. Nie wydaje mi się by była inna droga, niż ta
winda. Skrzywiłam plecy i znów się załamałam. A co jeśli będę
musiała tu zostać? Nie mogę. Musi być jakieś wyjście. Po prostu
nie ma szans, by nie było.
-Arubino...-powiedziałam
wstając.
Moje nogi wciąż trzęsły
się pod ciężarem mojego ciała. Z ledwością doszłam do
chłopaka. Oparłam się o jego ramię. Spojrzałam mu prosto w oczy.
Ale szybko się spieszyłam. Jego oczy potrafiły być równie piękne
jak i straszne. Nie czekając aż coś powiem, spojrzał mi głęboko
w oczy.
-Ty odpoczywaj. Ja idę na
zwiady.-Powiedział ściągając moją rękę ze swojego ramienia i
odkładając mnie na łóżko.
Jak powiedział tak
zrobił. Wyszedł z pokoju. Nawet jeśli kazał mi odpoczywać, muszę
mu się jakoś odwdzięczyć. Gdybym odeszła, byłabym jakimś
przelotnym pasożytem. Wstałam, więc i chwiejnym krokiem podeszłam
do półek. I jakby to było normalne, zaczęłam je sprzątać.
Ścierałam kurze, układałam książki według autorów i dat. Przy
okazji sprawdzając co też chłopak czyta. Znajdowałam książki
biologiczne, historyczne i tym podobne. Zdecydowanie przeważały
jednak książki Fantasy i przygodowe. Strony były wygięte, brudne,
a niektóre już się lekko się porwały. W czasie sprzątania
zauważyłam dużą płachtę materiału, który zasłaniał kawałek
ściany. Z ciekawości odkryłam ją, i zobaczyłam ogromne lustro.
Było popękane, tak jakby to, ktoś z całej siły uderzył prosto w
środek. W odbiciu zauważyłam siebie. Niską i nieco grubszą
osobę. Podobnie jak chłopak miałam jasną skórę. Moje czarne
włosy posostały upięte w wysoki i nieco niedbały kok. Ciekawskie,
czarne oczy przypatrywały się miejscu uderzenia pięścią. Moją
ręką dotknęłam lustra. Myślałam nad tym, co mogło tu się
stać. Na pewno nie było to nic dobrego. Odsunęłam się i
przyjrzałam się sobie dokładniej, moje ubrania były już brudne
od błota. Moja niska samoocena nie pozwoliła, bym dalej patrzyła
na siebie. Szybko zdecydowałam się ponownie zakryć lustro i
zabrałam się ponownie do sprzątania. Gdy posprzątałam
zauważyłam również różnego rodzaju pisma, zapewne Arubino.
Pismo było ozdobne i ładne. Zaczęłam się zastanawiać od kogo
Arubino nauczył się tak pięknie pisać. Zastanawiałam się
również, czy tu pod ziemią żyje ktoś jeszcze. Myślałam, że
znajdę jakiś dowód w tych zapiskach, ale notatki niedostarczyły
mi żadnej wskazówki. W większości jak mogłam się domyślić
były to opisy fauny i flory tu pod ziemą. Po dłuższej chwili
zaczęły mnie nudzić, to też posegregowałam je na szybko i
ułożyłam na jednej z półek. Trwało to długo, jednak w końcu
udał mi się skończyć. Może to nie wiele, ale na razie jestem w
stanie tylko tyle zrobić. Pozostaje mi mieć nadzieję, że mój
trud zostanie doceniony. Nie musiałam na to długo czekać. Po
zaledwie kilku minutach chłopak wrócił. Nawet nie próbował ukryć
zachwytu, gdy zobaczył porządek w swym pokoju.
-Posegregowałaś książki!
Tutaj chyba nigdy tak czysto nie było! Jak pusto!- cieszył się.
Gdy w końcu ochłonął
podziękował mi. Jednak zaznaczył, że to nie wystarczy. Uznał, że
brkuje mu kilka książek do kolekcji, więc mam tu kiedyś wrócić
i mu je dać. Podczas naszej rozmowy drzwi z pokoju uchyliły się.
Przyjrzałam się jednak nie zauważyłam by ktoś wchodził. Do
pewnego momentu, gdy to kot chłopaka zaczął niemiło miauczeć, a
z drugiego końca pokoju usłyszałam przeraźliwe piszczenie. Szybko
pobiegłam za regał książek. I podniosłam z ziemi moją małą
czarną kuleczkę, czyli moją suczkę Lucy. Która z nieufnością
zaczęła przyglądać się chłopakowi. Arubino chcąc przyjrzeć
się bliżej psu podszedł bliżej mnie i wyciągnął ręke do Lucy.
Ta jednak zaczęła burczeć nieprzyjaźnie
-Dalej utrzymuję, że
jesteś włochatym, zmutowanym szczurem.-powiedział do niej.
-Lepiej nie będę
wypowiadać się o twoim kocie. To jest dopiero mutant.-powiedziałam
z uśmiechem, żeby zaznaczyć, że nie mam zamiaru go obrazić.
Kot chłopaka podbiegł do
niego, otarł się o jego nogę i zamiauczał głośno jakby
protestował, albo miał chrapkę na mojego pieska. Z bliska
zauważyłam na ciele kota różnego rodzaju blizny. Niektóre małe
niemal nie zauważalne inne bardziej. Jak jedna na oku kota. Po
chwili kot zaczął łasić się do mojej nogi.
-To co,
idziemy?-powiedział chłopak głaszcząc kota.-U was będzie już
południe.
-Tak myślisz?-upewniłam
się.- Muszę szybko wrócić do siebie!
Arubino uśmiechnął się
w słodki sposób. Podrapał kota za uchem, zabrał ze stolika kilka
rzeczy. maski, pistolet, latarkę i wrzucił je do torby, którą
przerzucił przez ramię. Wrzucił też do niej kilka rzeczy, których
nie widzałam dokładnie, po czym oświadczył, że możemy już iść.
Wyszłam z nim za drzwi pokoju. Spodziewałam się zobaczyć inny
pokój, jednak jedyne co zobaczyłam to wykopany tunel. Podparty
belkami. Cały tunel wyglądał na bardzo zadbany i nie bałam się,
że zaraz spadnie mi coś na głowę. Mimo to słyszałam narzekania
Arubino.
-Znów coś tu przecieka,
będę musiał to poprawić....A tu belka spróchniała, długo już
nie potrzyma....Oj, a tu brakuje gwoździa, jak mogłem zapomnieć?
Szczegółowość mnie
powalała. Gdybym miała tu zamieszkać, szybko bym się poddała.
Padam, gdy mam ćwiczyć na w-f'ie, a co dopiero kopać tunel,
zabezpieczać go belkami i wymieniać je.
Szłam wciąż do przodu,
aż nagle poczułam na swojej twarzy wiatr. Ale to nie może być
możliwe tak głęboko. Chciało mi się śmiać. Nie, to naprawdę
był wiatr. Zrobił się przeciąg. Na samym końcu tunelu wykopanego
przez Arubino otwierała się ogromna przestrzeń. Nie było widać
końca. Sufit rozciągał się wysoko nad naszymi głowami.
-Co to jest?- zapytałam
wciąż zachwycając się ogromem tego miejsca.
-Słyszałaś o Polach
Asfodelowych?- zapytał się mnie.
-Nie, skąd bym miała? Co
to jest?
-Tak nazywam to miejsce.
Niegdyś w Grecji wierzono, że ludzie którzy żyli ani dobrze, ani
źle po śmierci trafiali do miejsca gdzie nie było nic. Wielkie,
kamieniste, puste i nudne pole, gdzie co jakiś czas pojawiały się
drzewa i rzeki. To miejsce musiało być inspiracją dla nich. Nie ma
tu nic. Jest ogłupiająco nudne.-Arubino zaśmiał się, a jego głos
rozniósł się echem.- Jedna wielka, pusta jaskinia.
-Więc po co tu
jesteśmy?-zapytałam ciekawa.
-Jak dopisze nam szczęście
to znajdziemy jakieś rośliny albo małe gryzonie. To zawsze coś do
jedzenia. Gdy będziemy przy Rzece będziemy musieli założyć
maski. Z Rzeki paruje jakiś gaz podrażniający płuca, ale też
znajduje się tu port którym popłyniesz prosto do siebie.
Przytaknęłam. Po głowie
zaczęło krążyć mi pytanie. Jak głęboko jestem? Kilometr? A
może dwa? Im głębiej tym goręcej. Przy windzie było zimno. Niby
w domku Arubina paliło się. Ale teraz zatwierdzę, iż jest gorąco.
Pocę się mimo, że nie przeszłam długiego dystansu ani nie
biegłam. Przypatrzyłam się Arubino. Podczas gdy mój kark był
cały zalany potem, na jego nie było ani kropelki. Przystosowanie do
życia tutaj za pewnie.
-Co tak mnie obserwujesz?
Zakochałaś się?-zażartował.
-Nie ma w czym. Zastanawia
mnie jak głęboko pod ziemią jesteśmy.-powiedziałam obserwując
okolicę w poszukiwaniu innych znaków życia.
-Sam nie wiem-zastanowił
się. -Może tak z trzy kilometry? Albo więcej lub mniej. Nie
myślałem nigdy o tym.
-Jak ja mogłam znaleźć
się tak głęboko?-myślałam głośno.
-Z pewnością najpierw
znalazłaś się w jaskini gdzie ciekła Rzeka. Skusił cię jej
zapach a potem odurzył do nieprzytomności. Z ogromną prędkością
Rzeka zalała jaskinię szybko przenosząc cię tutaj. A twój pies
pobiegł za moim kotem inna drogą i również dotarł do mnie. Jakoś
tak to mogło być.-westchnął ciężko.-Na szczęście długo nie
byłaś nieprzytomna, godzinę albo z dwie. Nie mam zegarka, ciężko
określić.-zaśmiał się pod nosem.-Patrz! Mamy szczęście!
Chłopak wskazał na
ziemię. Na pierwszy rzut oka to były kamienie, lecz po bliższym
przyjrzeniu się były to grzyby. Dziwne, nienaturalne grzyby. Jak je
ściąć? Na odpowiedz nie czekałam długo. Arubino profesjonalnie
odciął grzyba. Długo się nim cieszył. Ruszyliśmy dalej, cisza
pomiędzy nami była przybijająca. Zza naszych pleców nagle
wystartował ogromny kot. Biegł szybko i zwinnie. Aż w końcu
dopadł swoją ofiarę. Którym okazał się duży, łysy i bezoki
szczur, który idealnie wtapiał się w otoczenie swoim kolorem.
Krzyczałam z obrzydzenia, gdy to mój mały piesek dogonił kota i
zaczął wyrywać mu gryzonia. Krzykiem próbowałam ich uspokoić.
Arubino kazał być mi ciszej i sam odebrał szczura kotu.
-Piękny szczur!
Gratulację.-pogłaskał po główce kota.
Nie wierzyłam jak może
cieszyć się z na pół już rozerwanego tłustego szczura. Niby
wiem mięso i białko, jednak nie zmienia to faktu, że mnie
obrzydza. I tak to z szczurem w ręce szliśmy przez pustkowie. Z
daleka dostrzegłam niewyraźne białe kształty. Spoglądnęłam na
chłopaka. On jednak, z głową uniesioną wysoko, szedł przed
siebie. Być może nie zauważył ich jeszcze. Szliśmy wciąż
prosto. Kot Arubino i mój piesek szli z nami na równo. Oni również
nie wyczuli tych białych punktów. Przetarłam oczy. Jednak przed
nami wciąż tłoczyły się białe plamki. W końcu nie wytrzymałam
i powiedziałam:
-Co to jest przed nami?
-Pytasz o te białe
plamki?- zapytał, a gdy przytaknęłam odpowiedział.-Są to krowy
pod ziemne. Wyglądają jak tysiąckrotnie powiększone roztocza. Są
duże i bezużyteczne. Ich mięso jest twarde i niesmaczne. Nie są
agresywne dopóki nie wskoczysz im na plecy. Wtedy szybko cię zrzucą
i zaatakują dużą grupą. Nie ma szans potem na przeżycie.
-Co one jedzą? Przeciesz
nie ma tu trawy, ani nic...
-Kamienie. Jeszcze nie
wiem na jakiej zasadzie dzieła ich żołądek. Ale się dowiem.
-I wtedy będe pierwsza po
tobie, która się tego dowie.-uśmiechnęłam się.
Arubino zgodził się ze
mną. Wciąż maszerowaliśmy szybkim krokiem. Byłam już cała
spocona i wykończona. Nogi znów się uginały. Nie dawałam jednak
tego po sobie poznać. Z nikąd poczułam słodki zapach. Kusił
mnie. Zauważyłam, że Arubino również poczuł ten zapach.
Zatrzymał się i zaczął grzebać w torbie. Aż w końcu wyjął
maski. Podał mi jedną i od razu ją założyłam. Dalszy marsz w
tej masce był cięższy, to też zwolniliśmy nieco z tępa. Kot,
nie mogąc tego znieść, wyraźnie przyśpieszył. Moja Lucy również
miała taki plan, jednak zaraz gdy zaczęła doganiać kota.
Wystarczył jeden syk, by zrezegnowała i wróciła do mnie. Mimo
tego iż już odczuwaliśmy bardzo wyraźnie zapach jaki wydzielała
rzeka wciąż byliśmy daleko od niej. Czekała nas jeszcze 2
godzinna wędrówka. W jej czasie zebraliśmy jeszcze kilka grzybów
a nawet 3 sama wypatrzyłam. Na całe szczęście po drodze nie
spotkaliśmy już żadnego szczura. Widziałam jednak coś, co
Arubino nazywał Aniołem. Choć sam dokładnie nie wiedział co to
jest. Przeleciało tuż nad naszymi głowami. Było wysokie na 2,5
metra, a rozpiętość skrzydeł miało prawie dwa razy większe. Nie
posiadało szyi i zaraz po zakończeniu szerokich ramion była płaska
głowa. Skrzydła miało upierzone niczym ptak, ale reszta ciała nie
miała już piór czy puchu. Ciało miało zarys sylwetki człowieka.
Oczy były wielkie, żółte i przerażające. Przeleciało nad nami
i zamachnęło się,tak jakby chciało nas złapać swoimi pazurami.
Na szczęście udało nam się tego uniknąć. Staliśmy już przy
rzekomej stacji która może zawieść mnie do domu. Bardzo wyraźnie
było widać, że powstała w czasie drugiej wojny światowej. Wciąż
wysiały tam plakaty propagandowe. Wszędzie była powieszona i
odłożona broń. Z magazynu z jedzeniem śmierdziało zepsutymi
konserwami. A niektóre ściany zawalały się powoli.
-No i to jest ta stacja.-
powiedział zmęczony.-Trochę wyniszczyła się od tutejszego
wiatru. Ale łodzie się nadają.
Arubino zniknął mi z
oczu by wyciągnąć z jednego z pokoi małą łódź. Ułożył ją
na ziemi i zaraz potem wrócił się po wiosła. Dał mi również
krótką instrukcję jak mam płynąć. Łódź ma mały silnik.
Muszę go jedynie pilnować by się nie przegrzał bo nic z tego nie
będzie. Bo inaczej stanie w miejscu. Wiosłami mam odpychać się od
ścian i ewentualnych skał w wodzie.
-I pamiętaj jakie by
rozdroże nie było, zawsze skręcaj w lewo. A teraz płyń. I
odwiedź mnie może jeszcze kiedyś. Ugotuję coś
specjalnego.-mówiąc to pomachał dorodnym szczurem.
Zaśmiałam się. On jest
taki uroczy. Dlaczego nie mógł by zabrać się ze mną?
-Może popłyniesz ze
mną?-zaproponowałam.
-Nie, dziękuje. Nie
teraz, ale obiecuję ci, że jeszcze kiedyś się
spotkamy.-odpowiedział mi machając na pożegnanie.
Poprzysięgłam sobie, że
nigdy go nie zapomnę. I nigdy nie zapomnę tego co tu zobaczyłam.
* * *
Gorący sierpień. Znów
odwiedziłam swoją babcię na wsi. Wybrałam się do lasu by
pozbierać grzyby. Moja już trochę większa suczka chasała po
lesie ciesząc się z wyrwania z ciasnych bloków. Całkowicie już
straciłam orientację w którą stronę mam się udać.
Moją uwagę odwróciły
grzyby rosnące tuż obok wielkiego dębu. Przysiadłam obok nich.
Wyjęłam z kieszeni spodni podręczną książkę o grzybach, by
upewnić się, że są one jadalne i mogę je zebrać. Denerwowałam
się. Nigdzie nie mogłam go znaleźć. Usiadłam w sadzie skrzyżnym.
I kolejny raz przejrzałam książkę. I kolejny raz go nie
znalazłam. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłam się
gwałtownie. I zobaczyłam niewysokiego, ale dobrze zbudowanego
chłopaka, o praktycznie białej skórze oraz niezwykle pięknych,
czerwonych oczach. Niemal natychmiast przypomniałam sobie jego imię.
-Arubino. Jednak
przyszedłeś.
gratulacje ode mnie i przyjaciółki ^^
OdpowiedzUsuń